Rozpacz i brutalna prawda…

Karol Staryszak

 

 

Cofnąć czas.

Każdy z nas miał moment w życiu kiedy chciałby odkręcić to co już się stało. Nie da się, nie ma jeszcze maszynki, która odwróciłaby bieg zdarzeń. Takie jest życie, każde nasze działanie ma nieodwracalne skutki.

Nie da się przywrócić życia naszemu przyjacielowi Marcinowi chociaż oddałbym za to wszystko. Jakoś nie mogę się spakować i stąd z Previdzy wyjechać, moja natura naprawiania i usprawniania nie pozwalała mi też spać w nocy. Moi koledzy pojechali zbierać szczątki a ja chcę coś zrobić, jedyne co mi przychodzi na myśl to przelać na papier kołatające się myśli. Przepraszam wszystkich których urażę, że w momencie żałoby i zadumy brutalnie wyłożę prawdę na wierzch ale inaczej nie potrafię. Łzy lecą mi z oczu jednak wiem, że muszę coś zrobić.

Pośpiech w lotnictwie to przesłanka do wypadku.

Tragiczny dzień zaczął się bardzo nerwowo, briefing przełożony z 10:00 na 9:00, coś tam niby wspomnieli na poprzedniej odprawie ale i tak dla wielu to było godzinne zaskoczenie. Nerwowe tankowanie szybowców i zamieszanie na gridzie. Niektórzy byli gotowi, ja zupełnie byłem w innej rzeczywistości. Na szczęście, coś zadziałało i doszedłem do wniosku że spokojne śniadanie jest najważniejsze, skończyłem jeść i pomyślałem, że nie pójdę na odprawę a zatankuję szybowiec. Ciągle wszystkie krany były zajęte więc jednak poszedłem na odprawę, wziąłem zadanie dnia i zatankowałem szybowiec. Cumulusy na niebie i starty potwierdzone na 10:00. O, nie. To dla mnie za wcześnie chociaż wiedziałem, że mógłbym się wyrobić. Ustawiłem się poza gridem licząc się z tym, że mogą mnie dopuścić do startu dopiero po wszystkich klasach.

Na parę minut przed startem byłem gotowy, miałem jeszcze czas na popatrzenie w niebo napisanie smsa i wyluzowanie się.

Widziałem jak większość pilotów w pierwszych rzędach biegała do szybowców.

Latanie za najlepszymi.

Większość lotu trzymałem się za Sebastianem, była to nieprawdopodobna jazda po zboczach w trudnych warunkach. W każdym jednak momencie miałem odskocznie do pól lub powrót w dolinę. Dolecieliśmy do Tatr, tam zaczęło się ciężko, był tylko poszarpany żagiel a wierzchołki gór były w chmurach z których padał śnieg, porywisty wiatr przekraczał 30km/h. Nie zdziwiło mnie gdy w pewnym momencie Sebastian odjechał w górę a ja zostałem 300m niżej. Zamiast spokojnie latać w miejscu noszącym poleciałem za innym szybowcem wzdłuż zbocza na jakiś 500m nad terenem. Byłem jeszcze z pełną wodą – po co? Przecież mamy za sobą tylko 100km a jeszcze 500 przed nami… Czysta głupota. Pogoda w polską stronę pogarszała się. Miałem duże obawy o miejsca do lądowania przed nami i powiedziałem do mojego kolegi, że tam z przodu nie ma gdzie lądować. Odpowiedział mi, żebym nie zapominał że on ma silnik, to był moment otrzeźwienia zrobiłem w tył zwrot wróciłem po nienoszącym już zboczu nad pola które widziałem wcześniej, zrobiłem krąg i wylądowałem na pięknej równej trawie z tętnem przekraczającym 300 uderzeń na minutę. Wysiadłem z szybowca, widziałem że jest cały i z uśmiechem ulgi na twarzy powiedziałem na cały głos „Życie jest piękne!” Byłem tak szczęśliwy, że ta walka skończyła się dla mnie bezpiecznie że miałem ochotę śpiewać.

W polu.

Byłem szczęśliwy, osiągnąłem ZEN i cieszyłem się gdy pogoda się poprawiła i szybowce wykręcały się z nade mnie. Myślałem, fajnie mają że lecą tym bardziej że wyszło słońce i pojawiły się normalne, zdrowe cumulusy. Było cicho, ptaki śpiewały, piękna, górzysta okolica dookoła. Poszedłem na małą wycieczkę po górkach i cieszyłem się widokami. Zadzwoniłem do Marcina bo miał mnie ściągać z pola, nie odbierał. Myślałem, fajnie ma, pewnie leciał z tyłu przeczekał pogodę i wraca do domu, …a może zrobił punkt i wraca do domu…

Owczy Pęd

Pułapka lecenia za kimś polega na tym, że zapominamy o sobie. Ten ktoś może być dużo lepszy od nas tak jak to jest z Sebastianem i ze mną, może widzi więcej, może ma jakiś plan a my liczymy na to, że on nam pomoże. Guzik prawda, w krytycznych sytuacjach zostajemy sami, bez pomocy! Zawsze trzeba mieć swój plan!

Ten który leci wyżej i z przodu ma zupełnie inną perspektywę, widzi więcej, ma inny zasięg, jest mniej zestresowany przez co popełnia mniej błędów, zazwyczaj im wyżej się jest tym noszenia się usilają, zbocze lepiej pracuje, jest mniejsza turbulencja. Jeśli jesteśmy niżej i chcemy kogoś dogonić to paradoksalnie musimy zwolnić, zostać w jakimś noszeniu i dokręcić je, poprawiać jego błędy poprzez optymalizowanie toru lotu. Tego feralnego dnia sam o tym zapomniałem, poleciałem za Sebastianem będąc niżej w bardzo trudnym terenie.

Często słyszałem, że ktoś za kimś lata żeby się nauczyć. Moim zdaniem, jedynie współpracując z kimś na radiu jesteś w stanie czegoś się nauczyć, przedyskutować opcje, koncepcje rozważyć co będzie jak zbocze, chmura nie zabierze. Bierne latanie za innymi odmóżdża. Jedyna forma nauki to porównywanie swoich decyzji do cudzych, czasem przypłacisz swoje decyzje polem ale czasem wygrasz z kimś swoja koncepcją – to największa satysfakcja.

Kiedyś latałem z Januszem Centką, pamiętam jedną konkurencje gdzie lecieliśmy na Jantarach 2B w bardzo słabej pogodzie, byłem trochę niżej i zanosiło się na lądowanie, zaczął padać deszcz. Janusz mówił mi o jakimś polu za drogą którego nie widziałem, a pole do którego się zbliżaliśmy było coraz krócej. W ostatnim momencie zdecydowałem, że ląduję teraz, odwinąłem do pola nad którym przelatywaliśmy i z wiatrem przyziemiłem się na nim. Oczywiście zapomniałem o podwoziu. Janusz spokojnie wylądował 2 km dalej na dużej łące bez żadnych przygód. Czy moja decyzja była słuszna? Oczywiście! Tylko szkoda, że tak późno ją podjąłem.

Latanie z silnikiem.

Szkoda, że nie miałem silnika – myślałem w polu u podnóża Tatr, byłbym już w domu. Teraz wydaje mi się, że zaryzykowałbym i poleciał dalej, może zaliczyłbym punkt ale może skończyłoby się dużo gorzej. Nie mogę wykluczyć opcji, że zapędziłbym się tak bardzo jak Marcin.

Latanie z silnikiem wymaga mentalnego i praktycznego przygotowania się. Założenie powinno być takie, że silnik nie odpali. Lecimy do pola, planujemy albo budujemy nad nim krąg, wypuszczamy podwozie i na bezpiecznej wysokości najlepiej wysoko na boku z wiatrem próbujemy odpalać. Uruchamianie silnika bez rozrusznika wiąże się z wykonywaniem dziwnych manewrów nisko nad ziemią, manewrów których nigdy nie ćwiczymy tak nisko. Widziałem jak kolega odpalał silnik nad lotniskiem i o mało co się nie rozbił, wylądował z wiatrem na polu obok, wjeżdżając tyłem na podwyższoną drogę asfaltową. Sam dwa razy wylądowałem w polu na szybowcu z silnikiem bo doszedłem do wniosku że już jest za nisko na próbę jego uruchamiania. Parę lat wcześniej silnik z 500m nie zapalił i musiałem wylądować w polu. Trochę sporo doświadczeń jak na jeden sezon. Pamiętacie Henia Muszczyńskiego, silnik chyba nigdy mu nie odpalił.

Uruchamiaj silnik ZAWSZE NAD POLEM z opcją manewru po nieudanym uruchomieniu!!!

W szybowcach gdzie nie ma rozrusznika, otwarty silnik bardzo hamuje, rozpędzanie z wiatrakującym śmigłem to bardzo duża strata wysokości, jeśli trzeba ponowić próbę to możemy stracić nawet 300m. Musisz o tym pamiętać, musisz mieć swoją granicę poniżej której nawet nie podejmiesz próby uruchomienia, po prostu wylądujesz w polu.

Kara pola.

Decyzja lądowania w polu jest super trudna, szczególnie jeśli inne szybowce ciągle lecą, wiesz że to dla ciebie koniec lotu, wiesz że oddasz wszystkie z trudem zdobywane punkty. Wylądowałem raz w polu w ostatniej konkurencji Mistrzostw Świata i spadłem z pierwszego miejsca. Było to dla mnie wielkie rozczarowanie. Wiecie co o tym teraz myślę? Mam to centralnie w d…. nawet nie pamiętam w którym to było roku, gdybym nie zmontował filmu z podium to nawet nie pamiętałbym, że na nim byłem. I co z tego, że nie mam jakiegoś krążka, mam inny – nawet nie wiem gdzie jest.

Najważniejsza jest satysfakcja latania, jeśli nie masz satysfakcji z zawodów na których zająłeś miejsce inne niż pierwsze to przestań jeździć na zawody – to nie ma sensu a tylko wpędzi cię w kłopoty.

Lądowanie w polu to zawsze kara, czasem przegrane zawody, czasem powrót w nocy, przeważnie następny dzień w pośpiechu ale postarajmy się nagradzać siebie za ładne lądowanie w polu. Kupmy sobie coś, pójdźmy na dobry obiad. Nagradzajmy innych! Jeśli myślisz, że lądowanie w polu lub przegrane zawody to jakaś porażka to pomyśl o Marcinie…

Wyjazd na zawody.

Często jadąc na zawody słyszałem: „Pokaż tam wszystkim”, „Dowal temu a temu” to najgorsze słowa jakie można mówić komuś kto jedzie latać.

Co powinno się powiedzieć?

„Lataj dla przyjemności.”, „Jedziesz na zawody, żeby fajnie się bawić”, „Ciesz się z tego czasu”, „Podejmuj swoje decyzje”, „Jedziesz tam żeby zbierać doświadczenie”, „Nie ma znaczenia które miejsce zajmiesz, ważne żebyś był zadowolony”, „Najpierw przyjemność, później wynik”, „Jeśli nie jesteś pewien czy to co robisz jest słuszne, nie rób tego”.

Nie ma znaczenia czy to Mistrzostwa Świata, FCC a może KZS, czy ma znaczenie nazwa zawodów skoro z nich nie wrócisz cały?

Kiedyś napisałem sobie kartkę i przyczepiłem na tablicy przyrządów abym ciągle w powietrzu na nią patrzył: „Myśl do przodu” – miałem i mam ciągle z tym największe problemy, często moje zbyt szybkie i nie przemyślane decyzje wpędzały mnie w kłopoty.

Odpowiedzialność organizatora i wykładającego trasy.

Często się mówi o tym, że organizator powinien. Powinien odwołać konkurencje, powinien wyłożyć krótszą trasę, powinien nie wykładać nad terenem gdzie nie ma pól, nie powinien puszczać tylu szybowców na raz w powietrze itd. Trasa dnia to nie rozkaz, nie musisz go lecieć, decyzja o locie na trasę należy tylko i wyłącznie do mnie! To czy polecę nad teren bez pól bez opcji powrotu, to czy polecę na dolot spod kreski, to czy będę latał w peletonie, to czy będę latał w chmurach czy kłakach – ta decyzja należy tylko i wyłącznie DO MNIE!

Niewiele brakowało aby ten ostatni dzień FCC był udany, być może jeden komin, jedno odkrycie słońca umożliwiłoby Marcinowi i innym powrót do lepszych warunków. Prawdopodobnie wieczorem byłoby mnóstwo MKWŻLO jak to wykaraskali się z szamba, warto więc pamiętać jak cienka granica dzieli szczęście od tragicznego pecha. Nigdy po locie nie mów sobie, trzeba było zaryzykować, jeśli podjąłeś w powietrzu jakąś uargumentowaną decyzję i wszystko zakończyło się bezpiecznie to znaczy, że to była najlepsza decyzja warta tytułu Mistrza Świata!

Jesteś mistrzem skoro podjąłeś profesjonalną decyzję o przerwaniu lotu, lądowaniu w polu i wylądowałeś bezpiecznie! Zaręczam, że jest mnóstwo zawodowych pilotów którzy tego by nie potrafili.

Oczywiście, organizator powinien myśleć za innych ale czasami tak nie jest! Trzeba wyjść z założenia, że organizator bezwiednie może wpędzić nas w kłopoty, może nieintencjonalnie zagrozić twojemu bezpieczeństwu. W ‘99, tuż przed startem miałem jakiś techniczny problem, podbiegłem do kierownika sportowego który kierował startami i powiedziałem, że nie mogę startować. „Spieprzaj stąd” wskazując na mój szybowiec krzyknął ów człowiek, sam zatankowanego 2B ściągnąłem za ogon na bok… Czasem spotykamy ludzi, którzy nie chcą dla nas dobrze. Są w amoku, mają swoje cele i nie zważają na innych, na ich problemy. My piloci musimy być na to odporni, musimy zatrzymać bieg zdarzeń – powiedzieć „STOP” do samego siebie.

Prośba do organizatorów i kierowników, bierzcie pod uwagę tych słabszych pilotów, nie patrzcie na Sebastiana, który oblatuje wszystko z prędkością dźwięku.

Prośba do zawodników i pilotów, nie krytykujcie kierownika sportowego, że wyłożył za krótko, nie po szlakach albo na bezchmurnej. Jeśli widzicie, że potrzebuje pomocy to mu jej udzielcie. Stwórzcie grupę która będzie doradzać wykładanie tras, może to niezbyt sportowe ale szybownictwo i tak nie jest fair.

Prośba do przedstawicieli zawodników, jeśli widzicie że coś jest nie tak – ingerujcie! Nie ignorujcie głosów innych zawodników, być może są zasadne.

Prośba do wszystkich, jeśli coś nie idzie tak jak powinno, jeśli czujecie że coś jest poza kontrolą – przerwijcie ciąg zdarzeń, wylądujcie w polu, wróćcie na lotnisko zróbcie cokolwiek żeby zakończyć szczęśliwie dzień. Za miesiąc, rok, kiedy będziecie chcieli pojedziecie na następne zawody, wystartujecie na kolejny przelot, zrobicie kolejny krąg czy ćwiczenie.

Ogromna energia.

                  Lecąc szybowcem nie zdajemy sobie sprawy jak dużą energią zarządzamy. To wszystko jest tak przystępne, wlewamy z węża 150 – 200l wody do skrzydeł, podczepiamy szybowiec pod samochód i jedziemy na start, później samolot wyciąga nas na 600m. Potem delikatnymi ruchami drążka robimy zakręty, rozpędzamy i zwalniamy. Nie czujemy wcale ile energii zużyte zostało aby nas wnieść na te 600m ile dodatkowej dodaje nam komin termiczny. Cała ta energia wraca do zera po 150m naszego dobiegu po lądowaniu. Przypomnijcie sobie jak męczące jest wejście po schodach na 10 piętro. W szybowcu dla masy prawie 10 razy większej robimy to dwoma palcami na wysokość 10 razy większą.

Tylko do eksplozji można porównać zderzenie szybowców lub niekontrolowane zderzenie z ziemią, to że ktoś przeżyje taki moment należy określić jako CUD.

Wygrywanie zawodów.

                  Piszę ciągle że nie warto, że trzeba odpuszczać, że lepiej nie ryzykować ale przecież jeśli myślimy poważnie o szybownictwie to chcemy odnosić sukcesy. Nie można przecież nic nie stawiając na szali zbierać laurów.

Wygranie zawodów to przeciwieństwo katastrofy. Zaczynasz od dobrego przygotowania, od wcześniejszego przyjazdu na zawody aby być w pełni gotowym, wypoczętym i wystartować do pierwszej konkurencji. Musisz być mentalnie przygotowany na sukcesy ale i niepowodzenia. Wygrywanie to ciąg dobrych decyzji bez zbędnego ryzyka, gdzie ryzyko to lądowanie w polu a nie ryzykowanie własnego zdrowia. Czasem zdarzy się że wygra ktoś kto ma większe jaja, ale to są jednorazowe przypadki. Czasem w ten sposób wygrasz jedną konkurencje ale możesz przegrać całe życie.

Zawody które wygrasz idą Ci dobrze, czujesz że nie robisz tego na siłę, to po prostu wychodzi. Jeśli chcesz bardzo wygrać a to nie skutkuje, odpuść sobie. Skup się wtedy na pytaniu dlaczego w ogóle latasz i dlaczego to lubisz? To jest po prostu fajne, piękne, spotykasz się z tymi których lubisz. Jeśli osiągniesz balans pomiędzy frajdą latania a frajdą współzawodnictwa – gwarantuje Ci, że wygrasz. Może niekoniecznie wygrasz zawody ale na pewno wygrasz satysfakcje z latania.

Życie toczy się dalej.

Marcina już z nami nie ma, dlaczego mnie to tak poruszyło? Może dlatego, że był wspaniałym człowiekiem, nie znałem go zbyt dobrze ale czułem się jego przyjacielem – tak po prostu. Był otwarty, szczery i fantastycznie skromny. Był normalny! Był taki jakimi chciałoby się otaczać.

Poruszyło mnie to tak bardzo dlatego bo wiem jak było ciężko tam gdzie się znalazł, wiem jak ciężko podejmuje się decyzję o lądowaniu w polu jeśli inni lecą, wiem że mogłem być na jego miejscu, mogłem sam się wpakować w sytuacje w której zabrakłoby mi szczęścia, umiejętności lub rozsądku. Wiem poza tym, że w chwili gdy już jest za późno należy ratować siebie, dać duże klapy ustawić się pod wiatr i przyziemić w sposób kontrolowany na wprost. Czy byłbym jednak w stanie poprawnie zrobić to w niewyobrażalnym stresie na krytycznej wysokości widząc zbliżające się drzewa? Nie wiem i mam nadzieję, że nigdy się nie dowiem.

Będziemy latać dalej, będziemy się ścigać, prawdopodobnie zapomnimy się nie raz i zagalopujemy za nisko, zaskoczymy sami siebie. Marcin na pewno chciałby abyśmy z jego tragicznego lotu wyciągnęli wnioski. Na pewno powiedziałby: bez sensu wpakowałem się w sytuacje bez wyjścia, nigdy nie zróbcie tego samego.

Dziękuję Marcin, że mogłem Cię znać, że byłem w kręgu twoich znajomych. Żałuję, że nie opowiedziałem Tobie o moich przemyśleniach, żałuję że spędziliśmy ze sobą tak mało czasu. Nawet nie wiesz jak chciałbym abym tego dnia przypadkiem przejechał samochodem po końcówce twojego skrzydła, nie poleciałbyś i jak cię znam nawet byś się tym nie przejął, pewnie powiedziałbyś z trochę wymuszonym uśmiechem – ”Nie ma sprawy, nic się nie stało”. Taki był Marcin.

Życzę sobie i wszystkim którzy to czytają abyśmy zawsze w odpowiednim momencie powiedzieli „Koledzy, ja dziękuję i ląduję”

Karol Staryszak.